To blog opowiada o mojej końskiej pasji. Piszę tu o koniach i jeździectwie, mojej wielkiej miłości, o figurkach koni, które zbieram, marki Schleich-S... niemal o wszystkim, co jest związane z końmi.
Zapraszam do czytania!

sobota, 28 lutego 2015

Przodkowie koni - Koń Leśny


Nazwa polska: Koń Leśny
Inna nazwa: koń Dyluwialny (ze względu na okres, w jakim najprawdopodobniej żył)
Nazwa łacińska: Equus caballus silvaticus
Wysokość: ok. 152 cm
Waga: ok. 545 kg
Przeżył do: okresu postglacjalnego (już jako Equus caballus germanicus)

Większość naukowców nie jest zgodna, co do danych, jakie przedstawiłam powyżej, niektórzy nawet negują istnienie ów "Konia Leśnego".
Zakładając jednak, że istniał, nie był tak ciężki jak współczesne rasy pociągowe ("tylko" 545 kg), ale jednak masywny i miał grube, umięśnione nogi. Pokryty grubą sierścią, z gęsto owłosionym ogonem, grzywą oraz szerokimi kopytami był przystosowany do życia na podmokłych terenach. Aby mieć jeszcze większe szanse na przetrwanie, jego sierść mogły pokrywać plamy lub mogła być jakiegoś ciemnego koloru, coś pomiędzy brązowym a czarnym. Środowisko, w którym prawdopodobnie żyły, powstało w okresach pomiędzy zlodowaceniami. Były to głównie podmokłe, zalesione obszary.

Niektóre dowody zdają się mówić, że taki ciężki typ konia (w sensie budowy, nie wagi) występował już w plejstocenie, czyli ok. miliona lat temu. Szczątki powolnego, ciężkiego zwierzęcia znalezione w Skandynawii mogą należeć do któregoś z krewniaków Konia Leśnego. Pozostaje to jednak zagadką, gdyż ów szczątki pochodzą sprzed 10.000 lat, a pozostałe, głównie pochodzące z północno-zachodnich Niemiec szacuje się na ok. 3000 lat. Ponadto, te z Niemiec wykazują większe podobieństwo do współczesnego szwedzkiego konia zimnokrwistego oraz mniej szlachetnych ras koni pociągowych.



* * *

Przepraszam za brak zdjęć, ale szanowny wujek Google nie okazał się być łaskawy...

Pozdrawiam

horsefan

niedziela, 25 stycznia 2015

Końska paleta barw

Osobiście uważam, że nie powinno się oceniać konia wyłącznie po jego barwie, ponieważ, jak mówi pewne powiedzenie: "dobry koń nie ma maści". Niestety, nie przemawia to do wszystkich amatorów koni, gdyż dość często zdarza się, że właściciel oddaje źrebaka na rzeź tylko z powodu nieodpowiedniej maści...



Rzecz jasna, wielu fanów jazdy końskiej ma swoje preferencje kolorystyczne. U niektórych, jak u mnie, zależy to od tego, jakie barwy (nie tylko te "końskie") lubię w danym czasie.


Maść siwa -żaden koń nie rodzi się siwkiem, a jeśli kiedykolwiek ktoś Wam powie, że widział siwego źrebaka, to literalnie kłamie. Siwa maść pojawia się z wiekiem, jest to coś podobnego do naszego "siwienia za młodu". Tempo owego siwienia jest cechą indywidualną konia, jedne siwieją w ciągu pierwszych trzech lat swojego życia, inne potrzebują siedmiu. Takie wierzchowce zazwyczaj rodzą się bardzo ciemne. Doskonałym przykładem jest choćby Parasol, koń mojego wujka. Urodził się gniady, a teraz jest szary jak myszka z białymi plamami na zadzie i głowie, które ciągle się powiększają. Oznacza to, że przyszedł na świat jako maścisty. Podobnie się dzieje w przypadku niektórych karych, gniadych, kasztanowatych czy srokatych koni.


Maść kara - przeciwieństwo maści siwej. Osobniki tej maści rodzą się czarne i większość z nich jest taka do końca życia. Czarne mają zarówno włosy sierści, jak i grzywy oraz ogona. Czasem zdarza się, że koń ma tzw. metaliczny odcień, co oznacza, że jego/jej sierść błyszczy się jak metal. Te natomiast, które się nie błyszczą, nazywamy grafitowymi.


Kasztanowaty
Maść kasztanowata i gniada - wiele osób ma kłopoty z odróżnieniem tej maści od gniadej, choć w rzeczywistości jest to całkiem łatwe - u koni kasztanowatych grzywa i ogon są tego samego odcienia brązowego, natomiast u koni gniadych grzywa i ogon są czarne, czasem końcówki włosów mogą być jaśniejsze od reszty. Jako ciekawostkę mogę podać, że dzięki genowi rozjaśniającemu umaszczenie u kasztanków można dochować się konia maści izabelowatej.

Gniady

Izabelowaty
Maści izabelowata, bułana oraz cremello - jak wspominałam powyżej, są często potomkami koni kasztanowatych. Obie te maści są kremowe, jednak u tych pierwszych grzywa jest bardzo jasna, niemal biała, zaś u tych drugich czarna lub ciemnobrązowa.
Jednak wyhodowanie konia maści izabelowatej czy bułanej jest trudną sztuką. Czasem "defektem" tych starań jest mlecznobiały wierzchowiec o niebieskich oczach. W Anglii, w hrabstwie Dartmoor, skąd pochodzi rasa kucyków o tej samej nazwie, często porównuje się oczy koni maści cremello do barwy nieba nad trzęsawiskami.
Ups, prawie zapomniałam... W hrabstwie Dartmoor znana jest również opowieść o hrabinie Isabelli, która w chwili, gdy jej mąż wyruszał na wojnę, przysięgła, że nie wypierze ani nie zmieni swojej koszuli dopóty jej małżonek nie wróci. A tak się złożyło, że wojna trwała lat siedem i kiedy hrabina wreszcie mogła zmienić tę część ubioru, miała ona barwę taką samą, jak futro koni maści izabelowatej - stąd nazwa.

Bułany
Cremello

 
Srokaty

 Maści srokata i tarantowata - również nietypowa, trudna to uzyskania maść. Wielu amatorów jazdy konnej marzy, aby takiego źrebaka uzyskać ze swojej jednolitej klaczy i przebywa długą, krętą drogę by odnaleźć odpowiedniego ogiera tej maści. Niestety, matka natura jest okrutna i są oni przeważnie zawiedzeni. Dla takich mam jedną radę: znajdźcie klacz z grupy tzw. Paint Horses, jak Pinto, Quarter Horse, Knabstrup czy Appaloosa, bo to od nich najczęściej otrzymuje się srokate czy tarantowate potomstwo.

Tarantowaty

Pozdrawiam i życzę miłych ferii

horsefan

niedziela, 11 stycznia 2015

Nowy Rok 2015!

Witam wszystkich w 2015 roku!

Od Sylwestra minęło "zaledwie" 11 dni, a jak zerknęłam sprawdzić, co i jak na tym blogu, zauważyłam, że ostatni post pojawił się w listopadzie.
Dość dawno, co?
W tym roku postanowiłam, że postaram się pisać w mniejszych odstępach czasowych, lecz jeśli mi się to nie uda, to lepiej pisać rzadziej, ale z sensem, prawda?

Wszystkiego najlepszego w tym roku życzy

horsefan

niedziela, 30 listopada 2014

Jak obchodzić się z koniem [w trakcie jazdy]?

W poprzednim poście napisałam o tym, jak popędzać konia.
Ale to nie wszystko, a pytanie w tytule nie jest przypadkiem.
Sama długo zadawałam sobie to pytanie i odpowiedź zawsze była zła. W siodle nie byłam pewna siebie i nie potrafiłam prawidłowo pokazać koniowi co chcę, choć wiedziałam jak to się robi.
Ale może lepiej wszystko Wam powiem od początku.



Socjalizacja z koniem, na którym mamy jeździć może być bardzo ważna, tak jak lepiej znać osoby, z którymi mamy robić projekt w szkole czy pracy.
Podstawą takiego zapoznania może być czyszczenie. Wnerwia mnie, kiedy ludzie przychodzą na lekcje jazdy i najpierw trzeba oporządzić konia, a oni na to: "Ale ja przyszedłem/przyszłam na jazdę, a nie na drapanie konia szczotką". Doświadczenia trzeba zbierać, a to jest jedno z nich.
(Jeśli jednak Wasz wierzchowiec ma nieco paskudny charakter, lepiej aby oporządził go Wasz instruktor lub inny pracownik ośrodka, który go/ją zna.)


Druga sprawa to... nie bój się konia. Niedawno na lekcji jazdy zobaczyłam pewną dziewczynę, której na twarzy było wypisane, że koni boi się jak ognia. Pamiętajcie: koń nie jest głupi. Tzw. piąty zmysł, który ma większość zwierząt. On/ona wyczuwa twoje emocje i zastanawia się,  jak je wykorzystać.
Wiąże się to również z pewnością siebie - ja jadąc na kucyku imieniem Wanilia, która była (i nadal jest) niezłym kombinatorem, czułam się w miarę bezpiecznie, byłam skupiona, ale nie byłam pewna siebie. Wanilka wykorzystywała każdy moment mojej niepewności na swoją korzyść; a to sobie skręci na bok, a to zmieni kierunek, czy zatrzyma się w środku hali i zacznie stać bezczynnie. 
Z początku o wszystko "oskarżałam" mojego wierzchowca.

W czym właściwie tkwił problem? Okazało się, że nie jestem wystarczająco... konsekwentna, czyli nie przekazuję koniowi, jak to ujęła moja instruktorka - "pozytywnej złości". Może części z Was kojarzy się to z wściekłym waleniem zwierzęcia po bokach, ale tak nie jest. W poprzednim poście, kiedy pisałam, jak konia należy popędzić, dałam trochę rad tym, którzy jeżdżą na tych "lepiej ułożonych" i napomniałam ich, żeby nie uczyli się jazdy na półdzikich, ponieważ to zwyczajnie nic nie da. Jednak na tym świecie jest wiele wierzchowców pokroju Wanilii, które chcą się od wszystkiego wywinąć.

Wodze należało ściągnąć krótko, ręce mieć na wysokości pępka. W jednej z nich palcat, na wypadek wybitnego lenistwa. Od czasu do czasu można kopnąć, ale po tym od czasu ścisnąć konia tak, aby kolana nie odstawały nam w żaden sposób od siodła. Postawa jak najbardziej wyprostowana:)
I co jeszcze?
Na padoku/hali, gdziekolwiek jeździcie, znajdźcie sobie jakiś punkt do którego chcecie dążyć. I do niego dążcie. A potem skręt. Zdarza się, że koń chce sobie skrócić drogę, ale na to mu nie pozwalajcie. Jak mówi moja instruktorka: raz koń zobaczył twoją niepewność, to potem w ogóle nie będzie się ciebie słuchał. No, bo kto w końcu ma być mózgiem tej operacji? Koń czy ty?

Muszę przyznać, że jazda konna nauczyła mnie pewności siebie, choć przedtem mi jej brakowało. Jeśli jednak ktoś jest pewniejszy siebie zanim zacznie jazdę, to nie musi oznaczać, że w siodle też taki będzie, uczymy się przecież przez całe życie:)

A jakie są Wasze doświadczenia?

Pozdrawiam

horsefan

piątek, 10 października 2014

Poradnik horsefana: "Jak popędzać konia?"

Cześć! 

Niemal każdy jeździec na początku nauki czegoś nie ogarnia. I właściwie to się nie tyczy tylko nauki jazdy - ja, dajmy na to, nigdy nie ogarniam tematu z matmy na 1 lekcji z danym materiałem.
O co dokładnie chodzi? Pewnie większość z Was domyśla się z tytułu posta - o utrzymanie prawidłowego tempa w czasie jazdy.



Kiedy teraz patrzę - z perspektywy czasu - na to, jak mi z tym szło, to było różnie.
Przygodę z jazdą rozpoczęłam dość wcześnie, mając ok. 3 lat. Niewiele pamiętam z tamtego okresu i właściwie, gdyby nie moi rodzice, to może bym o nim całkowicie zapomniała. Nadal gdzieś w odmętach mojej pamięci znajduje się sytuacja, kiedy mieliśmy ćwiczenia w małej stajence, konie to chodziły w kółko stępem, to kłusowały. Akurat mieliśmy przejść do kłusu po raz pierwszy, instruktor zawołał: "Kłus!", i konie powoli zaczęły się rozkręcać, jednak większość z nich miała lekkiego lenia. Wówczas ja, taki mały bączek, "wspięłam" się po szyi konia, na którym jechałam i szepnęłam mu do ucha: "Kłusem, koniku, kłusem..." i koń po paru sekundach ruszył, a wraz z nim reszta. Przez niemal cały okres wczesnego dzieciństwa uważałam, że ten kłus był moją zasługą. Potem, jak nieco podrosłam, doszłam do wniosku, że te konie po prostu były wytrenowanie "pod kreskę", a to, że koń ruszył tuż po moich szeptaniach było zwykłym zbiegiem okoliczności...
Potem, gdy w byłam w 4-5 klasie podstawówki, wróciłam do jazdy. Niestety, jak zapewne wiecie z poprzedniego posta, mój ówczesny instruktor był słaby i nie nauczył mnie jak prawidłowo kierować koniem, jak prawidłowo siedzieć i min. jak odpowiednio popędzić konia.

Na czym polega ta cała filozofia? 

Otóż, kochani, początek wydaje się być niemal logiczny - dobra stajnia, wytrenowane, dobrze ułożone konie. Nikt się przecież jazdy nie nauczy jeżdżąc na półdzikim stworzeniu. 
Drugi to odpowiednia kontrola ciała. Kiedyś często nie rozumiałam, kiedy jeźdźcy mówili, że wszystko ich boli, ale po praktyce wiem, co to znaczy. Jazda oznacza, że musisz mieć wiele mięśni w gotowości. Tyczy się to nóg, bo musisz mieć, czym nacisnąć na wierzchowca, rąk, bo musisz mieć, czym kierować, pleców, bo musisz mieć odpowiednią postawę... można by to opisać inaczej, ale tak chyba jest najbardziej przejrzyście.  
A jak popędzić? Metod jest wiele, ale ta, którą ja znam najlepiej i sama z niej korzystam (poza tym większość koni jest szkolona właśnie tą metodą) jest:
  1. Wyprostować się, 
  2. Ścisnąć konia w okolicach brzucha lub łopatek z całej siły; oczywiście nogami;
  3. Odchylić się lekko do tyłu. 
 Czasem, oczywiście, może to nie wystarczać. Wtedy należy uderzyć konia batem w bok, ale nie tak, żeby krew się lała, żeby zwierzę biegało w strachu i popłochu. Trzeba to zrobić zdecydowanie, ale tak, by dać wierzchowcowi wyraźny sygnał, że ma przyspieszyć.

Czy ciągle muszę to robić?

Jeśli koń się ciągle zatrzymuje, może to być  oznaką wybitnego lenistwa, potrzeby załatwienia spraw fizjologicznych lub... tego, że robimy coś źle. 
Sprawdź wówczas, czy nie trzymasz wodzy za wysoko lub zbyt mocno ciągnąc do siebie. Muszą być ściągnięte, lecz zawsze na wysokości pępka. Dlaczego? Jeśli trzymasz lejce tak, jak w przykładach powyżej, jest to dla konia sygnał, że ma spowalniać albo się zatrzymać. 
Druga rada to... zawsze zaciskaj nogi, choćby nie wiem, jak to bolało. Ja też muszę na lekcjach wyciskać z siebie siódme poty, by to zrobić, ale cóż, innego wyboru nie mam:(  (Choć zaletą tego jest fakt, że może to Wam pomóc w utrzymaniu równowagi:))


Jakieś pytania, niepewności? O takie wypowiedzi proszę w komentarzach:)

Pozdrawiam

horsefan

czwartek, 25 września 2014

Z notatek jeźdźca: "Mój wierchowiec to ogier..."

Kochani!

Obietnicy swojej dotrzymuję, albowiem dzisiaj opowiem Wam o moim pierwszym zaskoczeniu na lekcjach jazdy.
Wcześniej, kiedy rozpoczęłam lekcje, jeździłam na pewnej klaczy imieniem Madame Butterfly (a.k.a. Siwa), która słynęła ze swojego opanowania. Znaczy się, na początku jazdy zawsze była spokojna, a potem dawała całemu światu do zrozumienia, jak bardzo jest zmęczona i najlepiej to teraz wygrzewałaby się na słoneczku, na pastwisku.
Ogółem, nie było aż tak źle.
Kiedy jednak rozpoczęłam lekcje w tym miesiącu, okazało się, że Siwą będzie dosiadać moja mama, a ja dostanę niejakiego Olimpa. Myślę sobie: "Spoko luzik, nie ma się czego bać...", dopóki moja instruktorka nie przyprowadziła go. Kiedy jednak do tego doszło, wzięłam się za czyszczenie. Po paru minutach pani Martyna powiedziała: "Wracam za parę sekund, tylko trzymaj go mocno, żeby nie zwiał, bo to ogier...".



Zatkało mnie. Ktoś z Was pewnie by zapytał, dlaczego. Otóż: młody ogier to niewyżyta bomba energiczna, a w obecności równie młodej, całkiem ładnej klaczy w 99.9% przypadków dostaje kręćka.
Jak będzie się zachowywać? Moja odpowiedź stała tuż obok i uporczywie usiłowała rozwiązać węzeł, którym był przywiązany. Chytry jak lis.
Moja lekcja obeszła się (całe szczęście) bez większych nieszczęść. Jednak Olimp nie zawsze był posłuszny, tak jak tego chciałam, może to częściowo moja wina, przecież co dopiero powróciłam do jazdy... jedno jest stuprocentowo pewne: dość często zwracał swój tęskny wzrok w stronę Siwej (z moją mamą na grzbiecie, notabene).

A jakie są Wasze wierzchowce? (Jeśli macie jakiekolwiek, rzecz jasna:))

Pozdrawiam

horsefan

niedziela, 31 sierpnia 2014

Powrót do jazdy

Witam!

Od dawien dawna nie gościłam na tym blogu. Ale cóż, dużo wyjazdów i problemy z netem, tak mogę to wyjaśnić. 
Po powrocie z wakacji postanowiłam, że czas wrócić do jazdy konnej, ale nie tak, jak wcześniej. Tamten instruktor w ogóle mnie nie uczył, tylko stał, gadał ze znajomymi i krzyczał od czasu do czasu coś ledwie zrozumiałego. Na początku miałam do tego dystans, ale potem ledwie wytrzymywałam. W końcu zerwałam kontakt z tamtą stadniną i w ogóle nie wiedziałam, co dalej począć z moją końską pasją. Ostatecznie odstawiłam ją na margines.


Konie to moja pasja od wczesnego dzieciństwa i okropnie by było to tak po prostu zostawić. I będąc na moim miesięcznym kursie angielskiego w UK, doszłam do wniosku, że mogłabym powrócić do tego. No bo jak? Prowadzę blog o koniach, ale nie jeżdżę. Trochę wstyd, co?
Uparłam się do takiego stopnia, że po powrocie poprosiłam rodzinę o jakieś dobre lekcje jazdy. I co? Znaleźliśmy całkiem przyzwoitą, dobrą szkółkę jazdy o nazwie La Scalla.

Lekcje zaczęły się wkrótce po konsultacjach i powiem Wam szczerze, że nie było łatwo powrócić do czegoś, czego się dawno nie robiło. Mimo tego, mam na tyle determinacji, a przy tym świetną instruktorkę, by robić to dalej. 
I tego Wam życzę, żebyście się nie poddawali w Waszych marzeniach; zarówno tych końskich, jak i nie-końskich. Moja nauczycielka jazdy mówi, że pasja i determinacja są bardzo ważne. Więc i wy miejcie ich jak najwięcej, by spełnić marzenia.

A więcej o moich przygodach z jazdą konną w następnych postach:)

horsefan